Jouissance to przyjemność, rozkosz, charakteryzująca się nadmiarowością. Nie posiada religijnego wymiaru, za to jest na wskroś cielesna, seksualna, umykająca rozumowi. Pisał o niej Jacques Lacan, potem Hélène Cixous. Według myślicielki Jouissance jest narzędziem odzyskiwania przez kobiety prawa do przyjemności, do cielesnego doświadczenia własnego ciała poza kontrolą norm i dyskursów.
Do tego konceptu odwołuje się założona w 2024 roku brytyjska marka Jouissance. Dotychczas wypuściła trzy zapachy, które miałem ostatnio okazję testować wspólnie z Martyną.
Sam design marki jest wyraźnie francuski: wytworny, wintydżowy, oczywiście piękny. Na moje oko to późne Art Déco, czyli proste, opływowe kształty, którym towarzyszy wyczuwalny luksus: złoto, drogocenne materiały, zdobna etykieta. Estetyka niespecjalnie korespondująca z feministycznym potencjałem rozkoszy.
Jednak nazwa, design, nuty, psychoanaliza (to bardziej ja niż Martyna) wywindowały nasze oczekiwania i spodziewaliśmy się rzeczy najlepszych. Jak było?
Fot. © Andrzej Lewicki
LES CAHIERS SECRETS
Od początku to zapach pudrowy, pozbawiony ikry. Pewnie to kwestia matowego irysa i białych, nieco tęsknych kwiatów, dopełniających kompozycję. Les Cahiers Secrets, kompozycja powoli ewoluująca, sprawia wrażenie dzieła przykurzonego, jak gdyby świadectwa elegancji sprzed lat. Jest heliotriop: słodki, kremowy, także pudrowy i także pozbawiony energii. Czuć też kmin, przyprawowy, słodkawy, nieco kosmetyczny. Składniki do siebie pasują i układają się w kluczu pudrowości, kosmetyczności, matowości. W efekcie jednak ewokują energię pozostawionej na zdobnej toaletce kosmetyczki z minionej epoki.
LA BAGUE D'O
La Bague to zupełnie inna historia. Energia jest tu wręcz wampiryczna, postawiona na ostrzu metalicznej róży. Ten krwisty zapach róży, jak sobie myślę, bierze się z połączenia róży, piżma i paczuli. Jest to odważna, kontrastowa, pełnokrwista kompozycja. Tu także ewolucja jest kosmetyczna, ale woń mocno rezonuje, ma pazur, pierwiastek mocnego czerwonego wina. Wpisuje się w rodzinę paczulowych róż, które kiedyś lubiłem poznawać, ale które za każdym razem mnie pokonywały. Do głowy przychodzi mi Bull's Blood od Imaginary Authors albo No 88 od Czech&Speake (innej brytyjskiej marki). Na domiar jest tu zwierzęca, fekalna, ledwo wyczuwalna, nuta. Dzieje się tu więc bardzo dużo, i to na dużej wysokości. Doceniam, bo wyczuwam obiecany nadmiar, odwagę w doborze składników, a wszystko jest na wysokim perfumiarskim poziomie.
EN PLEIN AIR
To zapach malarski, piękny. Jest znakomicie poukładany i zachwyca subtelną ewolucją, w której ujawnia się jego impresjonistyczna uroda. Cytrusowe otwarcie jest przepiękne. Kompozycja kieruje się w zielono-akwatyczne klimaty, wywołujące wrażenie mokrej, rześkiej zieleni. En Plein Air, na tle dwóch pozostałych zapachów marki, lokuje się gdzieś po środku: ma jasną energię bijącą od współczesnego piżma i cytrusów. Stylowo to perfumy klasyczne, ale w absolutnie najlepszym wydaniu. Dla mnie to jeden z najpiękniejszych zapachów, z cytrusowo-zielonej rodziny, jakie kiedykolwiek poznałem!
Fot. © Andrzej Lewicki
UMIARKOWANY NADMIAR
Opowieść marki o nadmiarze, afektywności, seksualnej kobiecej emancypacji nie odpowiada profilom zapachowym perfum, które określiłbym jako umiarkowane i tradycyjne. Poza ostrym La Bague d'O reszta kolekcji wpisuje się w ramy klasycznego perfumiarstwa. Czy to duży problem?
Niekoniecznie. Problemem są wysokie, wręcz nadmiarowe ceny. Przykro, bo En Plein Air jest wspaniałe i chcę je mieć. Jak na lotne, cytrusowo-akwatyczne perfumy, a więc z natury nietrwałe, są porażająco drogie.
Mimo to zachęcam was do zapoznania się z Jouissance, bo perfumy są naprawdę dobre, a En Plein Air – wspaniałe.